BEZ ZNIECZULENIA PART 1

BEZ ZNIECZULENIA PART 1

 

EPILOG

Są to urywki myśli powstałe przez różne zdarzenia, skierowane do kilku ważny mi osób którebyły znaczącymi osobami mającymi wpływ na  podejmowane przeze mnie różne decyzje życiowe, niektóre wątki są fantastyką, większość prawdą, mogą zostać udostępnione moim przyjaciółmi ludziom dla których pisanie do szuflady może być inspiracją lub pociechą, w szczególności są one dedykowane mojemu najlepszemu przyjacielowi, a jednocześnie mężowi moim ukochanym dzieciom, Jurkowi mającemu stałe miejsce w moim sercu, Ani i Krzyśkowi  motywujących mnie do optymistycznego pojmowania świata o smaku mohito w różowych okularach, Emi co była  ze mną bez względu na wszystko, a także Gosi B., Ance Re, Waldiemu, Bubie, Kubie K.  jako pierwszej miłości, Tomkowi, Bartkowi J,Bogdanowi, Kaczorowi, w szczególności Młodemu za jego bezmiar miłości i zrozumienia, Bartkowi i Zodiakowi za szaleńcze czasy, Ani za delikatność, Klałdkowi za bezgraniczne zaufanie, babci Helence a bezgraniczną miłość, dziadkowi za zamiłowanie do sztuki i farb, Ericie za sztukę dorastania, bratu za możliwość kochania, ojcu i mamie za niezależność, której mnie nauczyli.

***

w ciemną letnią
noc
na małym wąskim
balkonie
w smudze tytoniowego
dymu

umiera nadzieja

     ***

rodzi się tęsknota
za tym co było

za ludźmi co nie zapukają już
do naszych drzwi

co śpią…

i za tymi co odeszli
choć trwają gdzieś

w bliższej
lub dalszej
naszej przestrzeni

zostaje żal i wiara w ślepy
traf
los
przeznaczenie

tak na przekór właśnie…

             ****
zawsze byłaś choć nie dla mnie
zawsze mówiłaś tylko nie do mnie
zawsze czekałaś tylko nie na mnie
zawsze widziałam
chłód twych oczu
zimne ramiona
pozory normalności
przytłaczają
jeszcze dzisiaj mnie
coraz mniej
już nie boję się
dzisiaj siłę mam
do walki
o siebie samą
mój świat

mamo…

         ***
jak Ikar nagle w morze upada
tak rozpada się ma wiara
na tysiąc szklanych okruchów

wśród ludzi w tłumie na ulicy
w sercu miasta  wielkiego
w chaosie zgiełku wrzawy

stoję naga i marzę

        ***

Do ciebie…

Szukam prawdziwości istnienia
W twoim świetle cienia
Jaką drogą podążać  mam

Proszę przy mnie stój
Jak mój anioł stróż
I choć bolą cię
Anielskie skrzydła twe

Proszę cię przy mnie trwaj
Nie pozwól w otchłanie
stoczyć się
w podzięce zapalę ci
na grobie twym biały znicz
przyjacielu mój…
                                        J.M

           ***

Wierzę w swoją gwiazdę szczęśliwą
Płonącą na niebie

Wierzę w sny me prorocze i duchy
Co chronią mnie

Wierzę w ludzką dobroć pomimo
Wszechobecnego zła

I uparcie przy swoim trwam

I choć czasem zimna łza się po policzku stoczy
a każdy nerw drży i wyrywa serce
to usta w uśmiechu się rozszerzają

I biorę swe dzieci za ręce i biegnę
na wiosenną łąkę
tańczymy razem bosymi stopami
udeptujemy zroszoną trawę
szalony taniec wariata co uwalnia z trosk duszę

I wówczas wierzę sobie samej i tylko proszę ciebie
tam w niebie
jeszcze łaskawie daj mi te kilka lat…

              ***
Mój okruszku śpij i spokojne sny
śnij
Moja gwiazdeczko do misia przytul
twarzyczkę swą
Niech przyśnią się tylko dobre sny
do zielonej krainy fantazji i magii gdy zmorzy głód
dobre wróżki i elfy
zabiorą wasze gołe stópki widoczne spod kołderki
oprószy wasze główki pyłem złotym
co urzeczywistnia marzenia
na przeźroczystych skrzydłach zabiorą was do snu bram
nie bójcie się nim nastanie poranny świt wrócicie tu
otulicie swoimi paluszkami moją twarz
dziękuję wam za ten codzienny dar
bezgranicznej miłości
              ***
każdego dnia dziękuję tylko Bogu za dany jeszcze jeden dzień
normalnego istnienia
Każdego dnia proszę o spokojną noc i sen
bez znieczulenia
każdego dnia pamiętam o ludziach dalszych i bliskich
i tych co odeszli na drugą stronę mocy
każdego dnia proszę o mały cud
o łaskę uzdrowienia
o normalności krztę
choć codziennie panicznie boję się
trwam
czekam
na światełko w tunelu bram

             ***
jak zapomnieć gdy wspomnień złych za wiele
jak wybaczyć gdy słów złych za wiele
jak pokonać śmierć mimo blasku dnia
jak schować strach do pudełka gdy za duży staje się
jak kromkę chleba podzielić na cztery gdy zmorzy głód
jak normalnym stać się dla świata nie tracąc siebie
wciąż pytań wiele mam a czas tak szybko kończy się
taśmowy etap przemijania
nicość istnienia
i ciągła próba sprostania
trudnej sztuce wstawania
z poziomu w pion
           ***
próbuję cię zatrzymać choć wiem że odchodzisz
próbuję uzyskać cień twego uśmiechu
choć dusza moja płacze
ręce zakrwawione smutna w lustrze twarz
zgolona twoja głowa
mój i twój strach
splatają się zwiędnięte dłonie na chudych kolanach
bliscy tak daleko knujący za ścianami
nikt już nie pamięta pięknej twarzy z fotografii
zbyt wiele cierpienia
niewypowiedzianych słów
i twój wyrok
rak
jak oswoić mam…

aby przyjacielem mógł się stać?

          ***
jakie masz marzenia?
wyjechać do Rosji.
dlaczego tam?
bo ludzie bardziej prawdziwi
co jeszcze?
zbudować dom taki tylko mój,

z drewnianych bali gdzie na tarasie

stoi stół
gdzie bawią się dzieci i duży pies
i?…
wsiąść do pociągu byle jakiego i oddalić się stąd
jak najdalej stąd…
choćby to miała być 

jedna stacja na drodze życia…

***
umieram każdego dnia
usycham jak roślina
wody pozbawiona
każda tkanka ból kości
na sen każdego dnia

czekam
jak na zbawienie

by dotrwać
do dnia następnego

jak ptak próbuje wydostać się
z pajęczej sieci

życiowych niedomówień

***
wezmę  farby
lub ołówek

namaluję dzisiaj
ciebie

będziesz stał
nad brzegiem rzeki
w blasku słońca
twoje ciało
smagał będzie
chłodny wiatr

krople wody
spływać będą
niepośpiesznie
bardzo cicho
słyszysz jak?

szybka kreska
blade cienie
kciukiem kontur

zamazany …

***

do nieba mnie

nie wezmą
za dużo grzechów
z Tobą mam

zresztą w niebie

chyba…
nudno jest

oprócz gwiazd…
nie ma nic
Ciebie też

płakać nie będę
prosić nie będę
tylko Ty  
na prawdę

mnie znasz

wiesz jak skończy się
ta nasza przygoda
kilka lat trwająca
pewnej nocy

zasnę

czekając
jak do mnie dołączysz

boję się płakać

już teraz
choć widzę

szarą  
płachtę

na mym

ciele
dźwięk syreny

słyszę nieraz

boję się skupisk ludzi
Twojej ciszy słów
i łez

tak… nie męskich

ich pustych oczu

dziecięcych

mojej choroby

nieludzkiej
co z każdym dniem
zabiera mi

Ciebie
za chwilę będziesz
sam
na sam
wolny

jak ptak